Afera w Himalajach pokazała, jak szybko turysta trafiał do śmigłowca.
/ GÓRY

Afera w Himalajach. Gdy pod Mount Everest ratunek zaczął pachnieć biznesem

// 4 MIN_

Afera w Himalajach pokazuje coś, o czym wielu ludzi jadących pod Mount Everest w ogóle nie myśli. Wysoko w Nepalu, gdzie organizm walczy o każdy oddech, a nawet zwykły spacer potrafi nagle zamienić się w ciężką próbę dla płuc i głowy, pojawił się mechanizm, który według śledztwa miał służyć wyłudzaniu pieniędzy od firm ubezpieczeniowych.

Objawy wyglądały groźnie, więc decyzja o locie zapadała szybko

Schemat był prosty, choć właśnie dlatego tak trudny do wykrycia. Wspinacz albo turysta trekkingowy zaczynał źle się czuć. Pojawiało się osłabienie, uczucie duszności, ból brzucha, czasem silna biegunka. W takich warunkach bardzo łatwo uznać, że to objawy choroby wysokościowej. Przewodnik mówił wtedy krótko: dalej iść nie można, trzeba natychmiast wracać śmigłowcem.

Lot helikopterem trwał kilkadziesiąt minut, lecz rachunek bywał ogromny. Ubezpieczyciele płacili nawet kilkadziesiąt tysięcy dolarów za jedną akcję ratunkową, a według raportów w całym procederze brały udział nie tylko agencje trekkingowe, ale też piloci śmigłowców i różne szpitale w Katmandu. To właśnie tam miała trafiać część osób, które po krótkim badaniu szybko odzyskiwały siły.

Najmocniej komentowany jest dziś wątek, według którego do posiłków wspinaczy dodawano w zbyt dużych dawkach pewien składnik, czyli sodę oczyszczoną. Taki dodatek może wywołać silne osłabienie organizmu, a przede wszystkim objawy bardzo podobne do wysokościowych problemów zdrowotnych. Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć: ten element nadal jest częścią śledztwa i nie każda sprawa została jednoznacznie potwierdzona.

Fałszywe akcje ratunkowe, prowizje i miliony dolarów

Według materiałów opisywanych przez media nepalskie służby badają setki przypadków, a w samym jednym sezonie liczba podejrzanych lotów miała przekroczyć 1300. Raport mówi też o ponad 20 milionach dolarów strat po stronie firm ubezpieczeniowych. To pokazuje skalę problemu, bo nie chodzi już o pojedyncze oszustwo, lecz o system działający przez kilka sezonów.

Istotnie, śledztwo wskazuje, że szpitale wypłacały agencjom trekkingowym od 20 do 25 procent przychodu jako prowizję za przysyłanie pacjentów. W związku z tym każdy kolejny turysta trafiający do placówki oznaczał realny zarobek dla osób uczestniczących w nielegalnym procederze.

W praktyce wyglądało to bardzo obrazowo. Człowiek jest wysoko, brakuje mu tchu, przewodnik mówi, że sytuacja jest poważna, a obok już słychać śmigłowiec. W takim momencie mało kto zaczyna analizować, czy naprawdę istnieje zagrożenie życia. Przede wszystkim liczy się szybka ewakuacja, tam gdzie organizm ma większą szansę wrócić do równowagi.

Afera w Himalajach dotknęła także uczciwych przewodników i agencje trekkingowe

Choć cała sprawa brzmi jak gotowy scenariusz filmu, trzeba wyraźnie powiedzieć jedno: nie wolno wrzucać wszystkich do jednego worka. W Nepalu działa wielu uczciwych przewodników, którzy od lat odpowiadają za bezpieczeństwo ludzi pod Everestem i w innych częściach Himalajów.

Dlatego właśnie ta afera uderza także w nich. Niewątpliwie podważa zaufanie do całego środowiska, które i tak pracuje w ekstremalnych warunkach, często ryzykując własnym zdrowiem i życiem.

Głos zabrał także Nirmal Purja, który publicznie przyznał, że podobne mechanizmy były widoczne od dawna, lecz przez długi czas niewiele osób chciało mówić o nich otwarcie.

Z pewnością ta historia nie zamyka się tylko w pytaniu o pieniądze. Chodzi również o to, czy człowiek jadący dziś pod Mount Everest potrafi jeszcze odróżnić realne zagrożenie od sytuacji, w której strach staje się elementem dobrze działającego mechanizmu zarobku.

[ TAGS ]
#afera w himalajach #everest #góry #mount everest #trekking

[ DODAJ_KOMENTARZ ]

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *