
Historia zdobycia Piramidy Carstensza — od Jana Carstensza po Heinricha Harrera
Historia zdobycia Piramidy Carstensza (4884 m n.p.m.) trwała ponad trzysta lat i kosztowała życie niejednego śmiałka. Gdzieś w sercu Nowej Gwinei, otoczony ścianą dziewiczej dżungli i wiecznie spowity równikową mgłą, stoi szczyt, który przez wieki uchodził za legendę. To najwyższy punkt Oceanii i zarazem ostatni, najbardziej problematyczny element wyzwania Seven Summits — zdobycia najwyższych gór na każdym kontynencie.

Krew na plaży
Luty 1623 roku. Dwa holenderskie żaglowce, Arhem i Pera, płyną wzdłuż południowo-zachodniego wybrzeża wyspy znanej wówczas jako Nowa Gwinea. Dowódca Arhem, nie czekając na zgodę komendanta wyprawy Jana Carstensza, postanawia zejść na ląd z piętnastoma ludźmi. Pierwszy kontakt z Papuasami kończy się tragedią — kapitan ginie od ran.
Kilka dni później, 16 lutego, statki rzucają kotwicę w innej zatoce na południowym wybrzeżu. Załoga schodzi na plażę na połów ryb. Z lasu wybiegają wojownicy uzbrojeni w potężne łuki, z pomalowanymi twarzami i kośćmi przebitymi przez nos. W ciągu kilku minut dziewięciu z piętnastu marynarzy ledwo dociera z powrotem do łodzi, reszta ginie na miejscu.
To właśnie tego dnia, patrząc w głąb lądu z pokładu statku, Jan Carstensz dostrzegł coś, co po powrocie do Europy okrzyknięto jego wymysłem — ośnieżone szczyty widoczne kilkanaście kilometrów od wybrzeża, tuż przy równiku. Nikt mu nie uwierzył. Śnieg w tej szerokości geograficznej wydawał się fizyczną niemożliwością. Góra, która później otrzyma jego nazwisko, właśnie została odkryta — choć minie jeszcze trzysta lat, zanim ktokolwiek postawi na niej stopę.

Rok cierpienia i porażka Wollastona
Na poważne próby zbliżenia się do Gór Śnieżnych — jak nazywano wówczas pasmo górskie otaczające Piramidę Carstensza, nie mylić z australijskimi Snowy Mountains — trzeba było czekać aż do początku XX wieku. Pierwszym, który się do tego zabrał, był Alexander Frederick Richmond „Sandy” Wollaston — botanik, entomolog i lekarz, podróżnik od dwudziestego trzeciego roku życia, który miał już za sobą doświadczenie z górami równikowymi z wyprawy do Ruwenzori w Afryce.
Ekspedycja z lat 1910–1911, zorganizowana przez British Museum, była koszmarem od pierwszego dnia. Sześciu naukowców, holenderski porucznik, oddział żołnierzy, sześćdziesięciu skazańców i setka tragarzy sprowadzonych specjalnie z Indii ruszyło z wybrzeża Mimika w głąb lądu. Gorączka dziesiątkowała ludzi jeden po drugim. Po roku mozołu i tragedii ekipa musiała się poddać, nie dotarłszy nawet w pobliże gór.
Wollaston nie odpuścił. Wrócił w 1912 roku, tym razem z przewodnikami Dajak sprowadzonymi z Borneo — silniejszymi i skuteczniejszymi niż miejscowi tragarze. Dzięki nim po stu osiemdziesięciu trzech dniach marszu od wybrzeża dotarł do podnóża góry. Zaczęła się wspinaczka bez żadnego profesjonalnego sprzętu. Ludzie improwizowali liny z rattanu, budowali prowizoryczne mosty z młodych drzewek przerzucanych ze skały na skałę. Wollaston notował później, że ich ciężar powodował osuwanie się roślinności po gładkich skałach — wystarczyło niewiele, by wywołać lawinę.
Po dniach mozolnego podchodzenia przyszedł dzień ataku szczytowego. Zdobywali metr po metrze, aż w końcu ośnieżony wierzchołek znalazł się w zasięgu ręki. Zegar wskazywał już jednak południe, a to sygnał do odwrotu w równikowych górach, gdzie popołudniami niemal pewne są burze i chmury. Zawrócili. Wysokościomierz wskazywał 4600 metrów. Dlaczego nie spróbowali następnego dnia, nie wiadomo — historia milczy na ten temat. Wiadomo za to, co było dalej: w drodze powrotnej, spływając rzeką prowizorycznym kajakiem, Wollaston omal nie utonął w porohach. Na tym kończy się jego historia z Carstenszem.

Złoto, miedź i przekleństwo Papuasów
Między 1920 a 1930 rokiem na wyżynach Nowej Gwinei żyło około miliona tubylców, w warunkach bliskich epoce kamienia, bez znajomości żelaza czy koła. Świat zewnętrzny prawie nie wiedział o ich istnieniu. Pierwszymi, którzy zbliżyli się do nich na dłużej, byli australijscy poszukiwacze złota.
W 1926 roku odkryto pierwsze złoża i zaczęła się gorączka złota. Papuasi zostali bezwzględnie wykorzystani do wydobycia kruszcu, który, jak to bywa, doprowadzał ludzi do szaleństwa. To był dopiero początek ich nieszczęścia. Później przyszła miedź. Dla poszukiwaczy bogactw budowano w dżungli prowizoryczne pasy startowe, z których korzystały samoloty – a to nieoczekiwanie ułatwiło dostęp wysokogórskim wyprawom.

1936: prawie się udało
Pod koniec lat dwudziestych amerykański konstruktor lotniczy Igor Sikorski, urodzony w Kijowie, stworzył wielozadaniową łódź latającą Sikorsky S-38. Maszyna ta okazała się niezrównana w lotach ekspedycyjnych nad niedostępnymi rejonami globu. W 1936 roku trójka naukowców z ramienia Królewskiego Holenderskiego Towarzystwa Geograficznego wykorzystała ten wyjątkowy samolot do zbadania nowogwinejskich Gór Śnieżnych. W ekipie znalazł się holenderski geolog Jean-Jacques Dozy, którego nazwisko Papuasi zapamiętają na długo.
Loty rozpoznawcze pozwoliły znaleźć znacznie krótszą trasę niż ta prowadząca od wybrzeża Mimika. Dzięki temu samolot mógł dostarczać zaopatrzenie w niemal nieograniczonych ilościach. Po pięćdziesięciu siedmiu dniach marszu ekipa była gotowa. Wspięli się na wyraźną, ośnieżoną kopułę Ngga Pulu o wysokości 4862 metrów, przekonani, że to najwyższy punkt Papui. Zwycięstwo! Prawie. Rok później dokładne obliczenia triangulacyjne wykazały, że skalisty szczyt po drugiej stronie doliny sięga 4884 metrów — dwadzieścia dwa metry wyżej. Trzeba było zaczynać od nowa.
Podczas tamtej wyprawy Dozy pobrał liczne próbki skalne. Niedaleko góry natrafił na złoże miedzi o zawartości czystej rudy sięgającej 4% — przy typowym poziomie od 0,4% do 1%. Krucha przyroda regionu nie miała szans w starciu z tak gigantycznym zasobem. Dziś działa tam Grasberg — jedna z największych kopalni odkrywkowych na świecie.

Heinrich Harrer zdobywa Piramidę Carstensza (1962)
Nazwisko Heinricha Harrera kojarzy się dziś przede wszystkim z książką Siedem lat w Tybecie i przyjaźnią z młodym Dalajlamą, u którego przez lata pełnił funkcję nauczyciela i tłumacza. Mało kto pamięta, że Austriak dopisał też decydujący rozdział do historii Piramidy Carstensza.
Kluczową rolę w sukcesie wyprawy z 1962 roku odegrał najmłodszy w ekipie, Nowozelandczyk Philip Temple. Rok wcześniej brał udział w próbie zdobycia szczytu pod wodzą Colina Putta, która zakończyła się fiaskiem przez problemy logistyczne. Harrer dobrze wiedział, że doświadczenie Temple’a z tamtego wyjazdu może okazać się bezcenne. Obok nich w zespole znaleźli się Australijczyk Russell Kippax oraz holenderski urzędnik Albertus Huizenga.
Ekipa wystartowała z Hollandii na północnym wybrzeżu i doleciała do Ilagi, leżącej na wschód od Piramidy Carstensza. 2 lutego, w asyście tragarzy z ludu Dani, weszli na przełęcz, osiągając wysokość 4500 metrów. Nazwali ją Przełęczą Nowozelandzką, oddając hołd swoim poprzednikom.

Śladem topniejących lodowców na główny wierzchołek
Harrer zabrał ze sobą archiwalne zdjęcia z 1936 roku i na miejscu przeżył szok, widząc, jak drastycznie stopniały lodowce. W niektórych miejscach lód cofnął się o pół kilometra. Z kolei lodowiec Meren, zapisany w historii jeszcze przez Jana Carstensza w 1623 roku, zmniejszył się aż o siedemset metrów.
Mimo trudnych warunków akcja górska posuwała się naprzód. 11 lutego, brnąc przez głęboki i ciężki śnieg, zespół zdobył Ngga Pulu, co było dopiero drugim takim wyczynem w historii. Dwa dni później, 13 lutego o godzinie 14:00, stanęli na głównym wierzchołku góry – tym samym, o którego istnieniu nie mieli pojęcia uczestnicy wyprawy z 1936 roku.
Po drodze czekało na nich kilka trudnych technicznie odcinków, ale wysokie umiejętności wspinaczkowe pozwoliły pokonać je bez większych problemów.
„Szczyt to wąski, śnieżny stożek, na którym mogła zmieścić się nasza czwórka” – wspominał później Harrer. Na tym niewielkim skrawku skały i lodu zawiesili flagi pięciu państw: Holandii, Papui, Australii, Nowej Zelandii i Austrii.

Francuzi na dachu Oceanii
Kolejne lata przyniosły powolną, ale konsekwentną popularyzację góry. 6 stycznia 1979 roku Bernard Domenech i Jean Fabre stanęli na Piramidzie Carstensza jako pierwsi Francuzi. Ich trwająca czterdzieści pięć dni wyprawa przypadła na trudny okres, w którym rząd Indonezji prowadził brutalną kampanię przeciwko rdzennym Papuasom. Spisana przez Fabre’a relacja z tego wyjazdu, pełna gorzkiego humoru i biurokratycznego absurdu, do dziś pozostaje lekturą obowiązkową dla każdego, kto planuje zdobyć ten szczyt.
27 listopada 1991 roku sukces powtórzyli Jean-Pierre Frachon oraz fotograf Jean-Luc Rigaux. Dla Frachona był to moment przełomowy – jako pierwszy Francuz i trzeci człowiek na świecie skompletował pełną Koronę Ziemi.

Góra o wielu imionach
Burzliwa historia regionu odcisnęła piętno nawet na nazwie góry. W języku holenderskim brzmiała ona Carstenszpiramide, na pamiątkę odkrywcy Jana Carstensza. Gdy w 1949 roku Indonezja uzyskała niepodległość, zachodnia część wyspy pozostała pod kontrolą Holandii, a pod władzę Dżakarty trafiła dopiero kilkanaście lat później. Wtedy też szczyt przemianowano na Puncak Soekarno, upamiętniając pierwszego prezydenta kraju. Z kolei władze komunistyczne narzuciły określenie Puncak Jaya, czyli Szczyt Zwycięstwa. Rdzenni Papuasi mówią na niego po prostu Dungudungu („góra”), a ośnieżonego sąsiada nazywają Namangkawee, co oznacza białą strzałę.
Dziś dotarcie samolotem do Ilagi pod Piramidą Carstensza jest znacznie łatwiejsze niż w czasach Wollastona czy Harrera. Techniczna trudność samej wspinaczki oraz skomplikowana logistyka sprawiają jednak, że dla wielu zdobywców Korony Ziemi to właśnie ten szczyt, a nie Everest, okazuje się ostatnią i najbardziej wymagającą przeszkodą.


