
Pierwsze wejście na Matterhorn – triumf, tragedia i narodziny legendy Alp
Wejście na Matterhorn w 1865 roku to nie tylko rozdział w historii alpinizmu. Stało się symbolem zwycięstwa ludzkiej odwagi nad nieosiągalnym marzeniem i zarazem gorzkim przypomnieniem, że wysokie szczyty wymagają pokory. Tam, gdzie dziś turyści w Zermatt spoglądają na majestatyczną piramidę sięgającą 4478 m n.p.m, rozegrał się dramat, który na zawsze odmienił sposób, w jaki ludzie patrzą na góry.
Edward Whymper – człowiek, który nie potrafił odpuścić
Edward Whymper nie znał słowa „niemożliwe”. Dwudziestoletni rysownik przybył do Alp z jednym zadaniem: szkicować górskie krajobrazy dla wydawnictwa z Londynu. Zamiast tego odkrył pasję silniejszą niż wszystko inne – pasję, której oddał resztę życia.
Matterhorn, z jego lodową, niemal pionową ścianą północną, wydawał się wówczas nieosiągalny. Wspinacze z całej Europy próbowali, lecz żaden nie wrócił ze szczytu.
Whymper, który wcześniej zdobył m.in. Aiguille Verte i Grandes Jorasses, próbował aż osiem razy. Za każdym razem coś stawało na przeszkodzie – załamanie pogody, problemy ze sprzętem, konflikty z przewodnikami. Jego determinacja jednak nie słabła, przeciwnie – rosła. Jak sam napisał później: „Albo znajdę drogę na Matterhorn, albo udowodnię, że droga nie istnieje”.

Wyścig o koronę Alp
W 1865 roku sytuacja nabrała tempa. Po drugiej stronie góry włoski przewodnik Jean-Antoine Carrel również przygotowywał się do ataku. Chciał, by to Włosi jako pierwsi zdobyli Matterhorn – narodowy symbol dumy i honoru.
Whymper, zdradzony przez Carrela, ruszył na szczyt od strony szwajcarskiej, przez grań Hörnli, w towarzystwie sześcioosobowego zespołu: lorda Francisa Douglasa, Charlesa Hudsona, Douglasa Hadowa, wybitnego przewodnika z Chamonix Michela Croza oraz Petera Taugwaldera i jego syna z Zermatt.
14 lipca 1865 roku o godzinie 13:40 – po mozolnej wspinaczce w ostrym słońcu i cieniu przepaści – stanęli na szczycie. Zrobili to, co jeszcze dzień wcześniej wydawało się niemożliwe.
Ze szczytu Whymper dostrzegł maleńkie sylwetki Carrela i jego ludzi – byli daleko w dole, na grani włoskiej. Ich wyścig dobiegł końca. Zdobycie Matterhornu zakończyło erę „niezdobytych gigantów”. W Zermatt świętowano, a Whymper zapisał się w historii. Jego triumf trwał jednak zaledwie godzinę.

Zejście w ciszy – tragedia na grani Hörnli
Droga powrotna z Matterhornu miała być formalnością. Zespół był zmęczony, ale szczęśliwy. Schodzili związani liną – jeden po drugim, z ostrożnością. Nikt nie spodziewał się, że za moment czterech z nich straci życie.
To była sekunda. Może nawet mniej. Douglas Hadow, najmłodszy z grupy i najmniej doświadczony wspinacz, poślizgnął się na twardym lodzie. Uderzył w idącego poniżej Croza – i w mgnieniu oka cały środkowy odcinek zespołu runął w przepaść.
Whymper i dwaj Taugwalderowie ocaleli tylko dlatego, że lina się urwała – inaczej zostaliby pociągnięci w otchłań. Michel Croz, Douglas Hadow, Charles Hudson i lord Francis Douglas spadli ponad 1200 metrów w stronę lodowca Matterhorn. Ciała trzech z nich odnaleziono po kilku dniach, potwornie zmasakrowane. Ciała lorda Francisa Douglasa nie odnaleziono nigdy.

Dlaczego lina pękła?
Katastrofa niewątpliwie wywołała wstrząs w całej Europie. Angielskie gazety atakowały Whympera bezlitośnie, oskarżając go o lekkomyślność. On sam tłumaczył, że lina, która pękła, była stara i miała służyć jedynie jako zapas. „Silniejsza lina mogłaby uratować ich życie” – pisał później z goryczą.
Śledztwo w kantonie Valais próbowało ustalić, czy starszy Taugwalder nie przeciął liny, by ratować siebie i syna. Ostatecznie uniewinniono go z zarzutów, lecz cień podejrzeń pozostał. Do dziś wśród alpinistów krąży pytanie: czy lina pękła sama, czy została przecięta?
Właśnie ta wątpliwość nadała tragedii wymiar legendy. Góry zawsze niosą w sobie tajemnicę – a Matterhorn strzeże swoich sekretów szczególnie zazdrośnie.

Narodziny nowoczesnego alpinizmu
Paradoksalnie, tragedia z 1865 roku stała się początkiem czegoś większego. Pierwsze wejście na szczyt Matterhornu zakończyło Złoty Wiek Alpinizmu, a jednocześnie rozpoczęło erę nowoczesną – bardziej techniczną, odpowiedzialną i świadomą ryzyka.
Nawet królowa Wiktoria zasugerowała, by zakazać wspinaczek w Alpach, uznając je za „zbyt niebezpieczne dla angielskiej młodzieży”. Mimo to alpinizm nie zniknął. Wręcz przeciwnie – w reakcji na takie tragedie rozwinął się sprzęt, techniki asekuracji i profesjonalne przewodnictwo górskie.
Matterhorn zyskał reputację góry równie pięknej, co bezwzględnej. Dziś szlaki takie jak grań Hörnli, grań Lion czy zachodnia ściana są marzeniem wspinaczy z całego świata. Schroniska jak Solvay Hut (Solvayhütte) stoją niczym pomniki pamięci o tych, którzy tu zginęli.
Bez wątpienia zdobycie Matterhornu uczyniło z Zermatt centrum światowej turystyki górskiej. Mała wioska w dolinie Mattertal w ciągu kilku lat stała się sławna. Ludzie wciąż przyjeżdżają tu, by zobaczyć tę samą piramidę skalną, która jednym dała chwałę, innym – śmierć.

Dziedzictwo, które trwa
Dziś, gdy patrzymy na ten legendarny szczyt, trudno nie poczuć respektu. Uosabia marzenia o przekraczaniu granic, ale jest też przestrogą przed ludzką pychą.
Wspinaczka na Matterhorn nadal wymaga doświadczenia, hartu ducha i pokory. Choć od czasów Whympera minęło ponad 150 lat, jego historia przypomina: góry nie wybaczają błędów.
Dlatego, zanim postawisz stopę na grani Hörnli i spojrzysz w stronę wierzchołka, warto pomyśleć o tamtej czwórce. Nie wrócili już nigdy. Może właśnie tam, na szczycie zwanym Perłą Alp, wciąż czeka tajemnica, której nie potrafimy do końca zrozumieć.


