
Dlaczego warto się wspinać? Moda mija, pasja zostaje
Zacząłem czternaście lat temu w Londynie. Praca, dom, weekendowe wyjścia na miasto i narastające zmęczenie. Ten rytm zaczął mnie wykańczać: traciłem energię i oddalałem się od żony. Potrzebowałem czegoś, co wyrwie mnie z rutyny i zmusi do wysiłku nie tylko ciało, ale i głowę.
Dlaczego warto się wspinać? Odpowiem własną historią.
Ścianki omijałem od dzieciństwa, a o Alpach i Tatrach rzadko myślałem. Nie przypuszczałem, że wokół liny ułoży się kiedyś całe moje życie.

Wspinaczka jako pasja zaczęła się od przypadku
Wybrałem ten sport przypadkiem. Nie znałem różnicy między boulderingiem a wspinaczką z liną, a lokalne skałki były dla mnie czarną magią. Kupiłem wejściówkę na najbliższą ściankę w Londynie, żeby sprawdzić, czy to sport dla mnie.

Moje pierwsze kroki w pionie
Początki wyglądały mizernie. Po kilku minutach ręce odmówiły mi posłuszeństwa, a buty gniotły palce tak, że ledwo dało się stać. Droga, która z dołu wydawała się banalna, zrzuciła mnie już po dwóch metrach. Człowiekowi wydaje się, że ma jakąś krzepę, a pionowa ściana błyskawicznie weryfikuje to przekonanie.
I właśnie ta twarda lekcja miała w sobie najwięcej uroku.
Wtedy nikt wokół mnie nie myślał o pozowaniu do zdjęć. Liczyło się wspinanie i to, na co cię stać. Z czasem wciągnęło mnie na dobre. W skałach poznałem fajnych ludzi, a wieczory przy ognisku zamieniały się w długie rozmowy. Tam dotarło do mnie, że siła fizyczna to w tym sporcie ułamek sukcesu. Liczą się cierpliwość i technika, a do tego umiejętność opanowania strachu i przyjmowania porażek bez życiowego dramatu.
Była w tym jakaś niesamowita prostota. Pakujesz plecak, jedziesz w skały, wiążesz się liną albo rozkładasz crashpady i próbujesz. Czasem droga puszcza, czasem nie. Wracasz zmęczony i poobijany, ale z takim spokojem w głowie, jakiego trudno szukać gdziekolwiek indziej.

Co stało się z outdoorem?
Mam wrażenie, że w outdoorze liczy się dziś wygląd bardziej niż to, co faktycznie robisz. Góry zaczynają przypominać rewię mody: perfekcyjne zdjęcia, limitowane kolekcje, buty skrojone pod jeden rodzaj skały. Kupujemy kurtki z kosmiczną technologią na warunki, których większość z nas nigdy nie zobaczy, a plecaki częściej wiszą w szafie jako symbol marzeń o przygodzie niż lądują w terenie.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli: lubię markowy sprzęt i cenię jakość. Solidna membrana potrafi uratować tyłek podczas załamania pogody, a odpowiednio dobrane buty robią różnicę na trudniejszych drogach. Do tego niezawodna czołówka oraz wyposażona apteczka i masz podstawę bezpieczeństwa. Problem zaczyna się wtedy, gdy drogi ekwipunek służy głównie do pokazania się i budowania ego.
Widać to wtedy, gdy ktoś bardziej przejmuje się wyglądem na zdjęciach niż oceną ryzyka w terenie. W takich chwilach logo na kurtce znaczy więcej niż trzeźwa ocena sytuacji, a cały wyjazd kręci się wokół fotek pod lajki.
Sam nie raz dałem się złapać na magię nowości i obietnice, że kolejny gadżet przybliży mnie do życia z Instagrama. To ślepa uliczka. Możesz mieć na sobie najdroższy sprzęt i nie wiedzieć, jak czytać rzeźbę skały i wiązać ósemkę. Możesz nosić plecak ekspedycyjny i ignorować to, że pogoda mówi „stop”. Góry bezlitośnie obnażają takie błędy. Ściana zresztą też.

Co daje wspinaczka, gdy moda mija
Dla mnie wspinanie nigdy nie miało wiele wspólnego z trendami. Moda z natury jest powierzchowna: przychodzi, robi szum i znika. Raz na fali jest alpinizm, raz gravel, innym razem morsowanie, biegi ultra czy luksusowy camping.
Nic w tym złego, dopóki za ładnym obrazkiem stoi treść. Gorzej, gdy wizerunek wyprzedza działanie, a ktoś chce kojarzyć się ze środowiskiem wspinaczkowym, ale unika trudnej i mało widowiskowej nauki.
Ten sport bywa monotonny. To zdarte do krwi palce, mokra lina, plecy zalane potem i droga, z której lecisz po raz piętnasty z rzędu. Czasem siedzisz pod skałą i patrzysz, jak ktoś inny przechodzi twój wymarzony projekt z lekkością, której tobie brakuje. Zdarzają się powroty z kwitkiem, bez sukcesu i bez historii, którą można zabłysnąć w towarzystwie.
A mimo to pakujesz auto na kolejny weekend. Pasja zaczyna się tam, gdzie nie sięga obiektyw: gdy pogoda jest daleka od ideału, forma kuleje, a upragniona linia stawia opór. Wtedy liczy się sam proces, czyli chęć zrozumienia ruchu, lepsze ustawienie stopy na mikroskopijnym stopniu, zaufanie człowiekowi na drugim końcu liny i choćby mały krok naprzód.
Tego nie dostaniesz w żadnym sklepie.

Pokora w górach i rola gadżetów
Żadna lina ani przyrząd asekuracyjny nie wykonają za nas najtrudniejszej pracy. Pokorę, doświadczenie i zdrowy rozsądek zdobywa się w praktyce. Gdy gromadzenie rzeczy staje się ważniejsze od wyjścia w skały, góry zamieniają się w tło do zdjęć.
Na początku chodziło o przestrzeń, skupienie, zaufanie do partnera i wyciąganie wniosków z błędów. Czyli o rzeczy, których próżno szukać w błyszczących katalogach. U mnie impuls przyszedł z potrzeby przewietrzenia głowy i ruszenia się z miejsca. Zamiast kompletować koszyk w sklepie internetowym, chciałem poczuć, że żyję. Dostałem to z nawiązką: przyjaciół, masę podróży i poznanie własnych ograniczeń. Dlatego szkoda mi, gdy ta prosta, surowa pasja znika pod stertą drogich gadżetów.
Wszystko zaczyna się od jednej decyzji, pierwszego ruchu na ściance, przełamania lęku i gotowości, żeby po porażce spróbować jeszcze raz na tej samej drodze. Wspinaczem zostajesz w chwili, gdy wychodzisz z domu i zaczynasz działać.
Szukasz konkretów? W poradniku jak zacząć się wspinać opisuję ścianki, kursy, koszty i sprzęt na start.



// ROZMOWA // BĄDŹ_PIERWSZY
Twoja kolej_
Masz inne zdanie, pytanie albo własną historię z gór? Napisz kilka zdań, chętnie przeczytamy.
Nie wiesz, jak zacząć? Kliknij: